W 2025 roku nosiłem jedno zdanie jak drzazgę pod paznokciem: nie można być wszędzie. A ja i tak (s)próbuję.
Powinienem jeszcze dopisać: „…a potem zdziwię się, że znowu nie czuję już zmęczenia. Albo (wy)ląduję w szpitalu”.
Ale od początku: „bycie wszędzie” ma dwie wersje.
Pierwsza: kilka scen równolegle. Kilka rozmów. Kilka światów naraz. W każdym dzieje się coś ciekawego. W każdym jest jakaś racja i jakaś narracja. W każdym jest prawda, która może poruszyć albo zatrzymać w mniej lub bardziej subtelny sposób.
Druga: próbujesz być dobrym partnerem, dobrym przyjacielem, dobrym synem, dobrym opiekunem psa, dobrym terapeutą, dobrym trenerem. Dobrym człowiekiem. I jeszcze dobrze byłoby być w kontakcie ze sobą, jeść warzywa, spać osiem godzin i nie zawalić świata, kiedy na jakiś czas milkniesz.
I co z tego?
Kiedy trafiasz na SOR, to już trochę za późno, żeby powiedzieć: „No dobra, zatrzymam się”. Można za to, patrząc prawdzie w oczy, powiedzieć: „Spierdoliłeś, misiu…”.
Parafrazując mojego superwizora: „Michał. Żebyś mógł być, musisz żyć. Jak umrzesz, nie będziesz nigdzie.”
Bo EKG nie kłamie i nie negocjuje.
Serce, gdyby miało dupę, pewnie miałoby w niej to, że masz do zrobienia „jeszcze jeden projekt”, „jeszcze jedną kawę do wypicia”, „jeszcze jednego maila do wysłania”.
Podobno miałem szczęście. A to prowadzi do wniosku, że… nie można być wszędzie. A jak się umiera, to najprawdopodobniej nie można być nigdzie.
Nagle to, co na co dzień jest filozofią, staje się fizjologią.
I to nie jest żaden „kryzys egzystencjalny”, tylko zwykła kontrola biletów. Ciało sprawdza, czy masz prawo jechać dalej.
I wtedy dzieją się dwie rzeczy naraz.
Zaczynasz trochę się targować, a bardzo chcesz wrócić do Domu. Chcesz oddychać. Chcesz pić wodę. Chcesz, żeby pies nie musiał czekać. Chcesz mieć jutro.
Zaczynasz patrzeć na swoje role jak na ludzi na peronie. Każda chce wejść do pociągu. Partner. Przyjaciel. Syn. Opiekun psa. Terapeuta. Trener. Aktywista. Ktoś, kto „ogarnia”. I każda z nich wejdzie. Pytanie, czy jadą w stronę uznania, czy w stronę życia wartego przeżycia?
I co z tego?
W tym miejscu zwykle wracasz do starego skryptu: „Jeszcze dam radę”. Bo łatwiej być niezastąpionym niż być obecnym.
Znasz człowieka, który zawsze daje radę?
Który:
umie patrzeć na kalendarz jak na Tetris i mówić: „jeszcze to upchnę”;
umie brać odpowiedzialność za cudze emocje szybciej, niż inni zdążą je poczuć;
umie zamieniać „potrzebuję odpocząć” na „zrobię to wieczorem”;
umie wyciszyć ciało kawą, a potem dziwić się, że ciało pociąga za hamulec bezpieczeństwa;
umie robić rzeczy „dla świętego spokoju”, które zabijają spokój;
umie brać na siebie „jeszcze tylko tę jedną rzecz”, jakby życie było złożone z samych wyjątków;
umie dbać o potrzeby wszystkich tak, że dla siebie zostaje mu tylko resztka — i nazywać to dojrzałością albo profesjonalizmem;
umie tłumaczyć sobie: „to tylko zmęczenie”, aż zmęczenie przestaje być „tylko”;
umie być niezastąpiony — a im bardziej próbuje, tym prędzej będzie musiał zostać zastąpiony.
I każde „umie” ma argument: „beze mnie się nie da”.
Prawda jest taka, że… da się.
Naprawdę.
I co z tego?
Jeśli miałbym odpowiedzieć na 2026: „Co jeszcze?”, to chcę, żeby odpowiedź miała trochę mniej prędkości, a trochę więcej sensu.
Chcę mniej „wszędzie”. Więcej „tu”.
Więcej codzienności.
Mniej wierności rozpędowi.
Więcej wierności wartościom, które mają smak ciszy, braku zasięgu, snu, spaceru, kawy i rozmowy bez patrzenia na zegarek.
I może to jest moja najważniejsza lekcja po tych miesiącach:
Nie da się zbudować domu z samej aktywności.
Dom buduje się z obecności.
A obecność wymaga tego, żeby czasem powiedzieć:
Nie.
Nie teraz.
Nie wezmę.
Nie dojadę.
Nie chcę.
Wystarczy.
