Rzecz o tym, że nie można być wszędzie. Ale można próbować – do czasu.]

W 2025 roku nosiłem jedno zdanie jak drzazgę pod paznokciem: nie można być wszędzie. A ja i tak (s)próbuję.

Powinienem jeszcze dopisać: „…a potem zdziwię się, że znowu nie czuję już zmęczenia. Albo (wy)ląduję w szpitalu”.

Ale od początku: „bycie wszędzie” ma dwie wersje.

➡️ Pierwsza: kilka scen równolegle. Kilka rozmów. Kilka światów naraz. W każdym dzieje się coś ciekawego. W każdym jest jakaś racja i jakaś narracja. W każdym jest prawda, która może poruszyć albo zatrzymać w mniej lub bardziej subtelny sposób.

➡️ Druga: próbujesz być dobrym partnerem, dobrym przyjacielem, dobrym synem, dobrym opiekunem psa, dobrym terapeutą, dobrym trenerem. Dobrym człowiekiem. I jeszcze dobrze byłoby być w kontakcie ze sobą, jeść warzywa, spać osiem godzin i nie zawalić świata, kiedy na jakiś czas milkniesz.

I co z tego?

Kiedy trafiasz na SOR, to już trochę za późno, żeby powiedzieć: „No dobra, zatrzymam się”. Można za to, patrząc prawdzie w oczy, powiedzieć: „Spierdoliłeś, misiu…”.

Parafrazując mojego superwizora: „Michał. Żebyś mógł być, musisz żyć. Jak umrzesz, nie będziesz nigdzie.”

Bo EKG nie kłamie i nie negocjuje.

Serce, gdyby miało dupę, pewnie miałoby w niej to, że masz do zrobienia „jeszcze jeden projekt”, „jeszcze jedną kawę do wypicia”, „jeszcze jednego maila do wysłania”.

Podobno miałem szczęście. A to prowadzi do wniosku, że… nie można być wszędzie. A jak się umiera, to najprawdopodobniej nie można być nigdzie.

Nagle to, co na co dzień jest filozofią, staje się fizjologią.

I to nie jest żaden „kryzys egzystencjalny”, tylko zwykła kontrola biletów. Ciało sprawdza, czy masz prawo jechać dalej.

I wtedy dzieją się dwie rzeczy naraz.

➡️ Zaczynasz trochę się targować, a bardzo chcesz wrócić do Domu. Chcesz oddychać. Chcesz pić wodę. Chcesz, żeby pies nie musiał czekać. Chcesz mieć jutro.

➡️ Zaczynasz patrzeć na swoje role jak na ludzi na peronie. Każda chce wejść do pociągu. Partner. Przyjaciel. Syn. Opiekun psa. Terapeuta. Trener. Aktywista. Ktoś, kto „ogarnia”. I każda z nich wejdzie. Pytanie, czy jadą w stronę uznania, czy w stronę życia wartego przeżycia?

I co z tego?

W tym miejscu zwykle wracasz do starego skryptu: „Jeszcze dam radę”. Bo łatwiej być niezastąpionym niż być obecnym.

Znasz człowieka, który zawsze daje radę?

Który:

➡️ umie patrzeć na kalendarz jak na Tetris i mówić: „jeszcze to upchnę”;

➡️ umie brać odpowiedzialność za cudze emocje szybciej, niż inni zdążą je poczuć;

➡️ umie zamieniać „potrzebuję odpocząć” na „zrobię to wieczorem”;

➡️ umie wyciszyć ciało kawą, a potem dziwić się, że ciało pociąga za hamulec bezpieczeństwa;

➡️ umie robić rzeczy „dla świętego spokoju”, które zabijają spokój;

➡️ umie brać na siebie „jeszcze tylko tę jedną rzecz”, jakby życie było złożone z samych wyjątków;

➡️ umie dbać o potrzeby wszystkich tak, że dla siebie zostaje mu tylko resztka — i nazywać to dojrzałością albo profesjonalizmem;

➡️ umie tłumaczyć sobie: „to tylko zmęczenie”, aż zmęczenie przestaje być „tylko”;

➡️ umie być niezastąpiony — a im bardziej próbuje, tym prędzej będzie musiał zostać zastąpiony.

I każde „umie” ma argument: „beze mnie się nie da”.

Prawda jest taka, że… da się.

Naprawdę.

I co z tego?

Jeśli miałbym odpowiedzieć na 2026: „Co jeszcze?”, to chcę, żeby odpowiedź miała trochę mniej prędkości, a trochę więcej sensu.

Chcę mniej „wszędzie”. Więcej „tu”.

Więcej codzienności.

Mniej wierności rozpędowi.

Więcej wierności wartościom, które mają smak ciszy, braku zasięgu, snu, spaceru, kawy i rozmowy bez patrzenia na zegarek.

I może to jest moja najważniejsza lekcja po tych miesiącach:

Nie da się zbudować domu z samej aktywności.

Dom buduje się z obecności.

A obecność wymaga tego, żeby czasem powiedzieć:

Nie.

Nie teraz.

Nie wezmę.

Nie dojadę.

Nie chcę.

Wystarczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *