Autorytet to nie człowiek. To wartości, które niesiemy dalej

Grafika „Zwierciadła”: dorosły i chłopiec przy stole oraz pytanie o autorytet w dobie influencerów.

Kiedy przygotowywałem się do rozmowy dla „Zwierciadła” o autorytetach, zacząłem się zastanawiać, kto właściwie był moim autorytetem.

I wyszło mi, że sprawa wygląda średnio podręcznikowo.

Dżem. Janis Joplin. Stachura. Hłasko. Bursa. Wojaczek. Ratoń.

Czyli zestaw, którym raczej trudno byłoby uspokoić zebranie rodziców w szkole.

A jednak coś od tych ludzi dostałem.

Nie instrukcję życia. Na szczęście.

Raczej kawałki świata.

Wrażliwość. Nieufność wobec rzeczy zbyt gładkich. Fascynację tym, co trochę pęknięte. Przekonanie, że życie nie zawsze układa się w ładny poradnik z pięcioma krokami do szczęścia.

I chyba właśnie dlatego podczas rozmowy z Izabelą Nowakowską Teofilak dla „Zwierciadła” wracała do mnie jedna myśl:

autorytet to niekoniecznie człowiek. Czasami ważniejsze są wartości, które dzięki niemu zobaczyliśmy.

Kiedyś pozer, dzisiaj marka osobista

Mam czasem wrażenie, że z autorytetami wydarzyło się coś dziwnego.

Kiedyś ktoś, kto za bardzo kreował swój wizerunek, był po prostu pozerem.

Dzisiaj może zostać ekspertem od autentyczności.

Oczywiście trochę przesadzam.

Trochę.

Żyjemy jednak w świecie, w którym człowieka można zaprojektować jak produkt. Sprawdzić, co się klika. Co budzi złość. Co daje zasięg. Co sprzeda kurs, książkę, suplement albo pogląd.

A potem regularnie dostarczać odbiorcom dokładnie to, czego oczekują.

To jest kuszące również dla nas.

Bo nasz umysł naprawdę lubi proste historie.

Ten jest dobry.

Tamten jest zły.

Ten wie.

Tamten się myli.

Ten człowiek ma receptę.

Wystarczy go słuchać.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy oddajemy komuś nie tylko uwagę, ale również własny kompas.

Rodzic nie zostaje autorytetem dlatego, że jest rodzicem

Pierwszymi autorytetami zazwyczaj są nasi najbliżsi.

Nie dlatego, że zdali jakiś egzamin z autorytetu.

Po prostu jako dzieci jesteśmy od nich całkowicie zależni.

To oni karmią. Przytulają. Tłumaczą świat. Pokazują, czego się bać, komu ufać, jak traktować innych ludzi i jak traktować siebie.

Przez pierwsze lata naprawdę potrzebujemy wierzyć, że dorośli wiedzą, co robią.

A potem przychodzi dorastanie.

I zaczyna się sprawdzanie.

Serio tak uważasz?

Dlaczego?

A ty sam tak robisz?

Dlaczego wymagacie ode mnie czegoś, czego sami nie potraficie?

To nie jest awaria nastolatka.

To często bardzo zdrowy proces.

Bo autorytet oparty wyłącznie na tym, że „masz mnie słuchać, bo jestem starszy”, ma dość krótki termin przydatności.

Strach może dawać posłuszeństwo.

Nie daje jednak zaufania.

A bez zaufania trudno mówić o autorytecie.

„Sam do wszystkiego doszedłem”

Jest jeszcze jedna historia, którą wyjątkowo chętnie sprzedajemy młodym ludziom.

Historia self made mana.

Człowieka, który ciężko pracował, zacisnął zęby, uwierzył w siebie i osiągnął sukces.

Sam.

Lubię trochę podrapać tę opowieść.

Bo prawie zawsze pod spodem znajdujemy rodziców, nauczycieli, trenerów, terapeutów, lekarzy, przyjaciół, partnerów, współpracowników i ludzi, którzy w odpowiednim momencie po prostu nie pozwolili komuś polecieć na twarz.

Życie jest znacznie bardziej zespołowe, niż chcieliby autorzy motywacyjnych rolek.

I być może zamiast pytać młodego człowieka wyłącznie:

„Kim chcesz zostać?”

warto czasem zapytać:

„Z kim chcesz przeżyć swoje życie?”

„Jakim człowiekiem chcesz być dla innych?”

„Co chcesz wnosić do swojej drużyny?”

To są pytania zdecydowanie mniej instagramowe.

Ale chyba trochę bardziej życiowe.

Co zrobić, kiedy autorytet spada z pomnika?

Spadają.

Całe szczęście.

Bo alternatywą jest życie w świecie pełnym pomników.

A pomnik ma jedną zasadniczą przewagę nad człowiekiem.

Nie robi już nic głupiego.

Żywy człowiek może się pomylić. Może powiedzieć coś fatalnego. Może zawieść. Może zachować się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy.

I wtedy pojawia się pokusa wykonania jednego z dwóch ruchów.

Albo bronimy go do ostatniej kropli krwi.

Albo kasujemy wszystko.

Był wspaniały.

Był potworem.

Tylko że ludzie bardzo rzadko mieszczą się w jednej z tych szuflad.

Dojrzałość chyba trochę polega na umiejętności powiedzenia:

to, co zrobiłeś, było nie w porządku.

I jednocześnie:

to, czego kiedyś się dzięki tobie nauczyłem, nadal może być dla mnie ważne.

Nie muszę zabierać całego człowieka.

Mogę zabrać wartość.

ACT i bardzo podejrzani guru

W terapii akceptacji i zaangażowania dużo mówimy o wartościach.

Nie jako o kolejnej liście rzeczy, które „powinienem”.

Bardziej jak o kierunku.

Mogę chcieć być blisko ludzi.

Mogę chcieć być ciekawy świata.

Mogę wybierać uczciwość.

Mogę troszczyć się o innych.

Mogę tworzyć.

Mogę być odważny, nawet jeśli się boję.

I właśnie dlatego trochę nieufnie patrzę na ludzi, którzy mówią:

„Rób dokładnie tak jak ja, a wszystko będzie dobrze”.

To mi brzmi bardziej jak początek sekty niż dobrego życia.

Dobry nauczyciel, terapeuta, trener czy rodzic nie powinien produkować swoich kopii.

Powinien raczej pomóc człowiekowi zobaczyć własny kierunek.

A potem pozwolić mu iść.

Nawet jeśli wybierze trochę inną drogę.

A może chodzi o to, żeby ostatecznie przestać szukać guru?

Pod koniec rozmowy dla „Zwierciadła” pojawiło się pytanie, które zostało ze mną najbardziej:

czy możemy być autorytetem sami dla siebie?

Myślę, że w dużej mierze właśnie do tego prowadzi dobra psychoterapia.

Nie do przekonania:

„nikogo nie potrzebuję”.

To też byłaby dość smutna historia.

Raczej do momentu, w którym potrafię słuchać innych ludzi, korzystać z ich doświadczenia, zachwycać się nimi, czasem nawet za nimi podążać, ale nie muszę oddawać im kierownicy.

Mogę sprawdzać.

Czy to jest moje?

Czy to służy życiu, które chcę prowadzić?

Czy ten kierunek przybliża mnie do ludzi i rzeczy, które są dla mnie ważne?

Czy tylko próbuję spełnić cudzy pomysł na moje życie?

Może więc nie potrzebujemy idealnych autorytetów.

Może potrzebujemy ludzi wystarczająco prawdziwych, żeby można było zobaczyć również ich pęknięcia.

I wartości wystarczająco ważnych, żeby nie znikały razem z człowiekiem, który pierwszy nam je pokazał.

Bo człowiek może spaść z pomnika.

To, co było dla nas naprawdę ważne, wcale nie musi spaść razem z nim.


W lutowym numerze miesięcznika „Zwierciadło” ukazała się moja rozmowa z Izabelą Nowakowską Teofilak o autorytetach, dorastaniu, rodzicach, influencerach, rozczarowaniach i wartościach. Internetowa wersja rozmowy została opublikowana 9 marca 2026 roku.

https://zwierciadlo.pl/psychologia/relacje/556648,1,autorytet-to-niekoniecznie-czlowiek-sam-w-sobie-tylko-wartosci-ktore-mozemy-niesc-dalej–mowi-michal-maciejak-pedagog-i-terapeuta.read