Matryca ACT na scenie gabinetu. Czyli co się dzieje, kiedy przestajemy tylko rozmawiać o życiu
Na Konferencji Psychologii Kontekstualnej prowadziłem warsztat pod tytułem:
„Matryca ACT na scenie gabinetu. Proste techniki dramowe, które ożywiają pracę terapeutyczną”.
Tytuł długi. Na szczęście sama idea była znacznie prostsza.
Chodziło o to, żeby na chwilę przestać tylko rozmawiać o życiu i sprawdzić, czy da się kawałek tego życia zaprosić do gabinetu.
Bo można przez pięćdziesiąt minut rozmawiać o tym, że ktoś unika.
Można bardzo dobrze rozumieć, dlaczego unika.
Można nawet narysować piękną konceptualizację tego unikania.
A potem klient wychodzi z gabinetu i dalej robi dokładnie to samo.
I nie mówię tego złośliwie.
Sam bardzo lubię słowa. Na nieszczęście moich klientów prawdopodobnie nawet za bardzo.
Ale czasem słowa stają się kolejnym sposobem, żeby nie dotknąć tego, co właśnie dzieje się między nami.
Gabinet też jest sceną
Nie chodzi o robienie teatru z terapii.
Ani o to, żeby klient nagle wcielał się w Hamleta, a terapeuta biegał po gabinecie z krzesłem.
Drama terapeutyczna daje nam coś dużo prostszego.
Możemy zmienić miejsce.
Możemy wstać.
Możemy zrobić krok do przodu.
Albo krok do tyłu.
Możemy zobaczyć, co stanie się z ciałem, kiedy człowiek wypowie ważne zdanie z drugiego końca pokoju, a co wydarzy się, kiedy powie je stojąc pół metra od drugiej osoby.
Możemy zatrzymać scenę.
Powtórzyć ją.
Zmienić jedną reakcję.
Sprawdzić inną.
Czasami przesunięcie krzesła o metr mówi o człowieku więcej niż kolejne dziesięć minut rozmowy o tym, dlaczego trudno mu stawiać granice.
Bo ciało często wie wcześniej.
Ramiona się spinają.
Wzrok ucieka.
Oddech się zmienia.
Pojawia się pół kroku do tyłu.
I nagle nie rozmawiamy już o tym, że „mam problem z bliskością”.
Widzimy ten problem w pokoju.
Teraz.
I tu pojawia się Matryca ACT
Matryca ACT jest jednym z tych narzędzi, które lubię za prostotę.
Nie dlatego, że życie jest proste.
Tylko dlatego, że kiedy życie robi się skomplikowane, dodatkowe komplikowanie go przez terapeutę rzadko pomaga.
W najprostszym ujęciu patrzymy na dwa kierunki.
Z jednej strony są rzeczy, które są dla mnie ważne. Ludzie, relacje, wartości, życie, które chcę budować.
Z drugiej pojawiają się trudne doświadczenia wewnętrzne. Myśli, emocje, wspomnienia, napięcie, wstyd, lęk.
A potem pytamy:
Co robię, kiedy one się pojawiają?
Czy moje zachowanie prowadzi mnie w stronę tego, co ważne?
Czy przede wszystkim próbuję uciec od tego, czego nie chcę czuć?
To oczywiście nadal jest tylko mapa.
I właśnie dlatego podczas warsztatu postanowiliśmy z tej mapy zrobić kawałek przestrzeni.
Nie tylko ją narysować.
Wejść w nią.
Najpierw ciało
Zaczęliśmy od rozgrzewki i od pracy z ciałem.
Bez ciężaru teorii.
Bez półgodzinnego wykładu o elastyczności psychologicznej.
Chodziło raczej o zauważenie:
Gdzie jestem?
W którą stronę mnie ciągnie?
Od czego próbuję się odsunąć?
Do czego chciałbym się zbliżyć?
To jest dla mnie jeden z najciekawszych momentów pracy doświadczeniowej.
Człowiek może powiedzieć:
„To nie jest dla mnie aż takie ważne”.
A jednocześnie jego ciało zrobi coś zupełnie innego.
Zatrzyma się.
Napnie.
Zmieni pozycję.
Albo przeciwnie, bardzo wyraźnie ruszy w jakimś kierunku.
Nie chodzi o to, żeby terapeuta zaczął interpretować każdy ruch brwi jak wróżbita.
Chodzi o ciekawość.
Co właśnie się wydarzyło?
Zauważyłeś to?
Co pojawiło się sekundę przed tym, kiedy zrobiłeś krok do tyłu?
I mamy materiał do pracy.
Żywy.
Nie hipotetyczny.
Kiedy myśli przejmują ster
Jednym z tematów warsztatu było też rozpoznawanie momentu, kiedy myśli, emocje albo wspomnienia zaczynają prowadzić człowieka.
I tu jest haczyk.
Nie tylko klienta.
Terapeuty również.
Bo terapeuta też ma swój umysł.
Też chce, żeby sesja „dobrze poszła”.
Też czasami zaczyna ratować.
Przyspieszać.
Tłumaczyć.
Dopytywać.
Być mądrym.
A czasami warto zrobić coś dużo trudniejszego.
Zatrzymać się.
Zauważyć własny odruch.
I wrócić do człowieka siedzącego naprzeciwko.
Podczas warsztatu korzystaliśmy więc z bardzo prostych mikrointerwencji.
Pauza.
Zmiana tempa.
Zmiana miejsca w przestrzeni.
Zmiana dystansu.
Powtórzenie tej samej sytuacji z inną reakcją.
Sprawdzenie, co wydarzy się, kiedy zamiast automatycznego kroku w tył pojawi się choćby pozostanie w miejscu.
Małe rzeczy.
Żadnych fajerwerków.
Za to czasami właśnie w takich małych rzeczach wydarza się największa zmiana.
Nie chodzi o to, żeby czuć się lepiej
To też był dla mnie ważny element tego warsztatu.
W ACT nie próbujemy budować życia, w którym człowiek zawsze czuje się dobrze.
To byłby dość brutalny projekt terapeutyczny, bo wymagałby usunięcia z życia straty, lęku, niepewności, wstydu, odrzucenia i kilku innych rzeczy, które niestety występują w pakiecie z byciem człowiekiem.
Bardziej interesuje mnie pytanie:
Czy potrafię zrobić miejsce na to, co właśnie się we mnie pojawia, i mimo tego wykonać ruch w stronę życia, które jest dla mnie ważne?
Dlatego pracowaliśmy w prostym porządku:
Akceptacja. Wybór. Działanie.
Co jest tutaj do przyjęcia?
Co chcę wybrać?
I jaki najmniejszy możliwy krok mogę zrobić?
Nie jutro.
Nie kiedy przestanę się bać.
Nie kiedy uporządkuję całe życie.
Teraz.
Albo przynajmniej po wyjściu z gabinetu.
Drama nie jest dodatkiem do ACT
Im dłużej pracuję jednocześnie z ACT i dramą, tym mniej widzę między nimi granicę.
Bo oba podejścia interesuje ostatecznie zachowanie człowieka w kontekście.
Nie sam opis.
Nie etykieta.
Nie to, jak pięknie potrafimy nazwać problem.
Tylko to, co człowiek robi, kiedy pojawia się trudność.
Co robi ze swoim lękiem.
Ze wstydem.
Ze wspomnieniem.
Z drugim człowiekiem.
Ze sobą.
Drama daje możliwość zobaczenia tego w działaniu.
ACT daje język, który pomaga zrozumieć funkcję tego działania i znaleźć kier
