[Będę leżał na tej kozetce, aż żyć się zachce albo umrzeć odechce, czyli rzecz o gotowości na życie.]

Są takie zderzenia z rzeczywistością, podczas których nie ma przeszłości, teraźniejszości ani przyszłości. Jest coraz ciemniej, zimniej, dalej albo, jak kto woli, chôjowo. Ale dzisiaj nie do końca o tym.

Dziś będzie o takim zderzeniu z rzeczywistością, które przypomina nadcięte ścięgno Achillesa przy goleniu nóg. Trudno się chodzi. Boli, a to znaczy, że jeszcze się żyje. I zostawia się wyraźne ślady, więc łatwo przypomnieć sobie, skąd się wyszło.

Te 3 lata, 36 miesięcy, 156 tygodni i 4 dni albo 1096 dni nauczyły, jak przeżyć każdy z nich. Niektóre trwały chwilę, a niektóre ktoś wyświetlał w slow motion. Niektórych możnaby napisać, że praktycznie nie było. I choć świat nie miał ramion, ciepłej filiżanki z gorącą kawą ani dzwonka na przerwę, nadal się kręcił.

Może siłą bezwładności? Sprawiał, że ludzie nadal kupowali ten sam chleb.

Wyprowadzali psy.

Pili złą kawę.

Planowali wakacje.

Śmiali się.

Jeździli do pracy.

Te 1096 dni doprowadziły mnie do momentu, w którym zorientowałem się, że mam bilet na dwa tygodnie urlopu i miesiąc urlopu od gabinetu.

I mamy mały zwrot. Bo urlop oznacza, że istnieje jakieś „potem”. Że jednak stawiam dolary przeciwko orzechom na życie. Przecież nie kupuje się biletu na przyszłość, jeśli nie wierzy się, że się do niej dojedzie.

Nie bierze się wspólnie kredytu na dom, żeby stał pusty.

Nie odkłada się książek na później obok łóżka.

Nie sadzi się borówek i nie wycina bluszczu.

Nie zostawia kanapek w lodówce na jutro.

Nie planuje się składania LEGO jesienią.

Nie kupuje się wykaszarki, glebogryzarki, rębaka i wkrętarki.

Nie mówi się: „Spotkajmy się i wróćmy do tego za miesiąc”.

Nie robi kawy na drogę w kubku termicznym.

Jeśli naprawdę myśli się, że jutra nie będzie.

I być może właśnie tym jest moc. Nie szczęściem. Nie spokojem. Nie zamknięciem jakiegoś rozdziału. Tylko życiem wartym przeżycia. I wiecie co? Przez te trzy lata dowiedziałem się kilku nowych rzeczy.

Między innymi tego, że świat nie zatrzymuje się dla nikogo. I jeżeli robisz coś, czego nie chcesz, to skąd masz pewność, że jutro się obudzisz? Przecież jak nie przestaniesz, możesz „to” robić do końca życia.

Dowiedziałem się, że człowiek potrafi wytrzymać więcej, niż przypuszcza. „Mówię mu ziomek spokojnie, pewnie się wszystko poprawi. A jeśli się nie poprawi? – To zawsze zdążysz się zabić.”

Że czasami jedynym planem na dzień jest przeżyć go do końca. Że czasami największą odwagą jest powiedzieć: „Pierdôlę to. Pomóż mi”.

Że czasami największą siłą jest nie próbować być silnym i odpierdolić się od siebie.

I chyba najważniejsze:

Że miłość nie chroni przed śmiercią. Tak samo jak śmierć też nie chroni przed miłością.

I chyba właśnie to jest najbardziej moje. Że mimo wszystko nadal gram za życiem i za:

Miłość,

Lakiego,

kawę,

spacery,

rozmowy,

pieniądze,

ludzi,

śmiech,

i następny dzień.

Podobno, jest taka cierpienia granica,

Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,

I mija tak człowiek, i już zapomina,

O co miał walczyć i po co.

Nie dotarłem do niej. Nie odliczam godzin. Nie negocjuję z bólem. Zamiast tego kupuję bilety, rezerwuje noclegi. Biorę urlop. Robię dwie kawy co rano. Śmieję się trochę za głośno i trochę za głośno przeklinam – przepraszam nie zamierzam przestać 🙃

I orientuję się, że życie wróciło. Nie dlatego, że przestało boleć. Tylko dlatego, że może. Śmierć nadal istnieje. Nadal siedzi gdzieś w tle. Nadal zmienia optykę. Bo to nie jest tekst o końcu. To tekst o gotowości na ból. Albo, jak kto woli, o życiu w zgodzie ze sobą. Żeby: „Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i o swoje własne uczucia. Poświęcać się temu, co sprawia przyjemność. Ja zapisuję rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. To bardzo ważne, by siebie samego nie nastawiać na dzień czy na całe życie tak ambitnie, że niepowodzenie będzie nieuniknione. Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej, niż można osiągnąć.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *