[Życie nie ma sensu. Życie jest sensem. A człowiek i kawa to czasownik. [Rzecz o luksusie, czyli: kanapki, kawa i życie warte przeżycia]

Życie nie ma sensu. Życie jest sensem. A człowiek i kawa to czasownik.

[Rzecz o luksusie, czyli: kanapki, kawa i życie warte przeżycia]

Albo inaczej: „Cześć, gdzie uciekasz? Skryj się pod mój parasol. Tak strasznie leje i mikro wszędzie… Ty dziwnie oburzona odpowiadasz: nie trzeba, odchodzisz w swoją stronę, bo tak cię wychowali.”

W ACT-owym ćwiczeniu — wizualizacji 80. urodzin — wyobrażasz sobie, że przeżyłaś swoje życie w zgodzie ze sobą i tak jak chciałaś.

I że są tam dwie, może trzy osoby, które wznoszą toast i przemawiają:

Co chciałabyś usłyszeć?

Co miałoby wtedy sens?

<miejsce_na_odpowiedź>

Co zrobiłaś dziś, żeby mieć takie jutro jak z powyższej odpowiedzi?

Co jest aktualne na dziś?

Nie na później. Nie po terapii. Nie po wakacjach.

Skąd wiesz, że masz jeszcze czas?

Na odpoczynek?

Na powiedzenie ważnym ludziom, że są dla ciebie ważni?

Na kupienie wygodnych butów, wypicie kawy o świcie, patrząc na Mnicha i Morskie Oko?

Pokazać światu, że dorosłość to też robienie rzeczy niemądrych?

Masz w sobie miejsce, żeby jeszcze raz nazwać:

– skürwysyństwo skürwysyństwem,

– chama chamem,

– brak szlachetności brakiem szlachetności,

– a zmurszałą duszę… zmurszałą duszą?

Bo jeśli dziś nie masz — to kto ma mieć? I kiedy?

Coraz częściej na terapii i superwizji słyszę, że osoby, z którymi pracuję, doceniają moją autentyczność, bezkompromisowość i pokorę. #KombinacjaAlpejska#uMnieDziała

I równie często — że nie wiedzą, co jest dla nich naprawdę ważne.

Gdy pracujemy dłużej, pytam: „Wiesz, że słowo priorytet kiedyś nie miało liczby mnogiej?”

Serio.

Bo jak coś jest najważniejsze, to nie może być jednym z wielu. A jednak żyjemy w świecie, w którym wszyscy mamy siedem priorytetów dziennie i każdy z nich na ASAP.

A ja, chociaż czasami piję kawę po 23:00, to mam wrażenie, że w życiu najważniejszych rzeczy naprawdę można mieć… może dwie. Może trzy. No dobra, góra kilka – sam_a sprawdź.

I cały luksus polega na tym, żeby wiedzieć, które to są.

I się ich trzymać. Nawet jak wszystko inne odpada.

Dziś nie będzie o stracie, o końcach świata.

Dziś będzie o tym, czego dowiedziałem się podczas życia po śmierci – o luksusie.

Luksusem jest móc żyć po swojemu. Nie po to, żeby… Tylko po to, żeby nie oszukiwać siebie.

Luksusem jest lubić siebie na tyle, żeby pójść ze sobą na kilkugodzinny spacer i się nie zgubić.

Luksusem mieć kanapki zrobione na drogę, albo zostawić w lodówce „na jutro”.

Luksusem jest móc wspólnie gardzić i nienawidzić sküwysyństwem, chamami, zmurszałą duszą i brakiem szlachetności – szukając ich również w lustrze (a może przede wszystkim tam, o).

Luksusem jest mieć przy sobie Ocean Spokoju i Mądrości.

Luksusem jest siedzieć w Parku Narodowym do 3:00 rano, a o 7:00 zaczynać pracę i nie żałować ani minuty.

Luksusem jest słyszeć: „Jedź bezpiecznie. Poczekam.”

Luksusem jest nie pytać: „Z czym masz problem?”, tylko: „Ile kosztuje jego rozwiązanie?”

Luksusem jest kawa pita o 23:00. Albo o 4:00. Bynajmniej nie po to, żeby się obudzić.

Luksusem jest nie nazywać rzeczy, które pomagają ci wrócić do równowagi – stratą czasu.

Luksusem jest wiedzieć, co jest dla ciebie naprawdę ważne.

Luksusem jest nie musieć być uważnym – tylko obecnym.

Luksusem jest mieć świadomość, że każdy z nas jest odpowiedzialny za siebie – chociaż czasem dobrze wejść pod parasol i nie pić kawy rozwodnionej deszczem.

Luksem jest nie musieć przepraszać gdy staje się dowodem, że można.

Luksusem jest móc całemu światu powiedzieć prosto w twarz: „Nie daję rady” – i nic mi nie zrobisz.

Na koniec zacytowałbym fragment sprzed roku:

Szymborska w jednym ze swoich wierszy napisała:

„Niech ludzie nieznający miłości szczęśliwej twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej.

Z tą wiarą lżej im będzie żyć i umierać.”

Może kawa, może kanapki, może herbata, może wdzięczność i serdeczność, a może morze sprawiły, że nadal jestem tu.

To wszystko może jak morze – wszystko.

Te dwa lata to nadal nauka szczerego odpowiadania na pytanie: „Jak się masz?” i mówienia: „Źle”, „Wcale”, „Słabo”.

To dwa lata siły płynącej z bezsilności i obietnicy: „Nie będę silny”.

To czas zdziwienia, jak pokazywanie światu swojej bezsilności, łez, bólu i radości wymaga odwagi.

Te 24 miesiące to podejście: „Jeśli nic mi nie dałeś, porad też nie musisz dawać. Tylko lepiej poradź sobie.”

Te 104 tygodnie to czas, w którym za rękę prowadziły mnie słowa mojej terapeutki.

Powiedziała:

„W tym czasie możesz robić nawet największe głupoty

(oczywiście wcześniej podpisaliśmy kontrakt na życie),

a twoim zadaniem jest przeżyć.”

Jak dwa lata temu, tak i w tym – mam skończyć terapię własną…

Te 671 dni to czas, w którym dostałem i wziąłem sobie bardzo dużo;

to czas akceptacji nieodbierania telefonów i milczenia tygodniami;

to czas znajdowania kanapek, sałatek i lizaków w kieszeniach i plecaku.

To czas wiedzy (i nadal wiem), że jeśli poproszę: „Spotkajmy się”, to się spotkamy.

Te 17 568 godzin to czas, w którym prawie wszystko się zmieniło.

Trochę w myśl zasady:

„Albo sam pozmieniasz życie, albo życie cię pozmienia.”

Te 1 054 080 minut, które czasami trwały wieki, a czasami przeciekały między palcami – w obu przypadkach zostawiając ważne ślady.

Z tych 63 244 800 sekund – nie żałuję ani jednej.

Chociaż jedna bolała tak samo jak 63 244 799.

Tyle.

Nie byłbym sobą, gdybym nie domknął tego jakimś cytatem:

„Nie chcę mieć za co żyć.

Chcę mieć za co umrzeć.”

I wiecie co?

Nie chcę i mam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *