[„The child who is not embraced by the village will burn it down to feel its warmth.” Słowo na niedzielę]

To powiedzenie z którym zetknąłem się na początku mojej przygody z mitoterapią, brzmi niemal jak proroctwo – ostrzeżenie, że brak akceptacji, miłości i czułości w dzieciństwie może zaowocować destrukcyjnym pragnieniem odzyskania choćby odrobiny tego, co kiedyś było dane.

Wg Google’a pochodzi ono z Afryki. Remigiusz Mróz w swoim polskim tłumaczeniu uchwycił tę myśl znakomicie:

„Dziecko, które nie uświadczy czułości w swojej wiosce, kiedyś ją spali, by poczuć choć trochę ciepła.”

To zdanie jest dla mnie jak ostrzeżenie – echo przeszłości, które wciąż rozbrzmiewa w codziennych relacjach i, niestety, często w terapii, gdzie stykają się ludzkie rany z zakorzenionymi schematami.

Czasami, gdy rozmawiam z rodzicami w gabinecie, słyszę, że zastanawiali się, czy warto przyjść na konsultację – bo podobno zazwyczaj już na pierwszej rozmowie mówię:

„Kontraktujemy się, bo teraz siedzimy wygodnie w fotelach, uśmiechamy się, wymieniamy życzliwe spojrzenia. Ale po trzeciej konsultacji dajecie mi państwo legitymację do bycia rzecznikiem zdrowia i dobrostanu psychicznego waszego dziecka.

A, że cele wychowawcze nie zawsze stoją w tym samym rzędzie co cele terapeutyczne.

Trochę na zasadzie: bądź miła i szczera, jednocześnie – nie wiem jak wy ale ja w większości przypadków tak nie umiem.

To możemy czasem mieć z pozoru różne interesy, przynajmniej na poziomie realizacji strategii naszych wartości. Bo na poziomie wartości chodzi nam o to samo.

I tak się dzieje – czasem słowa te wywołują u niektórych mieszankę ulgi i złości.

Zdziwieni, że ktoś wcale nie boi się wyrazić, że dosyć już tej gry pozorów. Ja przyjmuję tę etykietę z pokorą – lepiej raz na jakiś czas walić w terapeutę, niż w dziecko, bo to właśnie rola w którą wchodzę, aby być strażnikiem granic, które pomagają budować zdrowe relacje.

Źródło złości, bezradności, frustracji, irytacji i lęku rodziców tkwi często bardzo głęboko – tuż przy samym rdzeniu ich wartości. Gdy te fundamenty są zachwiane, łatwo popada się w chaos emocjonalny, a dzieci, pozbawione miłości i akceptacji, zaczynają szukać na nowo sposobu na odzyskanie utraconego ciepła – czasem w najbardziej destrukcyjny sposób. To właśnie wtedy dochodzi do sytuacji, w której niewystarczająca czułość staje się przyczyną kolejnych bolesnych eksperymentów na własnej skórze.

Z drugiej strony, psychoterapia dziecka – czy nawet całej rodziny – bywa swego rodzaju lustrem, w którym każdy może przyjrzeć się swoim emocjom, mechanizmom, schematom i temu, co naprawdę boli. Dla wielu rodziców staje się to pierwszym krokiem ku zrozumieniu, że nie można dłużej udawać, iż wszystko jest w porządku, gdy wewnętrzny krzyk o pomoc zagłuszany jest przez społeczny hałas. To swoisty moment przebudzenia, kiedy uświadamiają sobie, że ich własne mechanizmy obronne, a czasem wręcz destrukcyjne sposoby radzenia sobie z bólem, przekładają się na relacje z najbliższymi.

Trochę kontekstu – wychowałem się na osiedlu wojskowym. Dorastanie w latach ’90, szczególnie z ADHD, nie było torowane porozumieniem bez przemocy – brakowało nie tylko czułości, ale i odpowiedniego zrozumienia. Pamiętam, jak często słyszałem, że nadaję się tylko do szkoły cyrkowej, zawodówki, że znowu spadłem z krzesła, itd. Z resztą nie tylko ja ale i moja Mama to słyszała o mnie bo pracowała w szkole, gdzie się uczyłem.

Nie będę rozwodził się nad przykładami – nie o to chodzi, by zbierać bilans krzywd, ale by zrozumieć, że system wychowawczy, jakim była tamta epoka, zostawiał wiele do życzenia.

Co najgorsze nadal go spotykam, choć teraz mam już inne narzędzia. A własna historia, co taki system robi z człowiekiem, podobno trafia.

Wróćmy do pytań retorycznych, które kieruję do autorki tekstu z Polityka.

Czy naprawdę mówimy o „modach” zerwania relacji, skoro przez lata ktoś doświadczał przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej, a cały ówczesny świat zdawał się mieć to w düpie? Jak można usprawiedliwiać ignorowanie takich krzywd, skoro skutki odciskają się na kolejnych pokoleniach? W końcu, kiedy nagromadzone rany dadzą o sobie znać – czy to w postaci słów, czynów, czy wręcz spektakularnych gestów odwetu.

Pamiętam, jak dolna część układu pokarmowego niektórych osób reagowała na mój post z cytatem:

„Każda osoba ma prawo wykrzyczeć drugiej prosto w twarz: ‘Wypėrdalaj!’ gdy przekraczane są jej fizyczne granice. Bez względu na to, czy to osoba starsza, młodsza, ze stanem przedzawałowym, mądrzejsza, głupsza, silniejsza czy słabsza – wstaw swój własny przymiotnik, jak chcesz – proszę, odejdź, nie dotykaj – nie zadziała.”

Teraz powiedziałbym jeszcze dosadniej:

Jeżeli ktoś przekracza Twoje granice, nie chodzi tu o kwestię bycia „nieczułym” czy „nadwrażliwym”. To fundamentalna sprawa Twojego prawa do integralności. To nie jest kaprys ani chwilowa emocja – to wyraz głęboko zakorzenionej potrzeby, by czuć się bezpiecznie we własnej skórze, by mieć kontrolę nad własnym życiem. Każdy z nas ma prawo wykrzyczeć „dość”, „odejdź”, a czasem – w przypływie autentycznej złości – „wypiėrdäj”. Nie po to, żeby być agresywnym, ale dlatego, że nasze ciało i emocje nie są miejscem do eksperymentów kogokolwiek innego.

To nasza nienaruszalna przestrzeń, którą trzeba chronić za wszelką cenę.

I nieważne, czy zranimy rozrusznik dziadziusia, który ma plan na nasze życie, czy ego wujka, króla parkietu, który się ślini na widok dojrzewających nastolatek – są dorośli i to oni powinni ponosić konsekwencje swoich działań. W końcu więzy krwi nie dają prawa do stosowania przemocy, do narzucania własnej woli czy ignorowania drugiego człowieka. To jedno z tych fundamentalnych praw, o którym nie powinno być mowy w żadnym cywilizowanym społeczeństwie.

W terapii uczymy się, że ta doskonała granica nie jest jedynie defensywnym murem chroniącym przed zewnętrznymi atakami – to fundament, na którym budujemy nową, autentyczną wersję siebie. Uczymy się mówić:

„Nie dotykaj. Nie przekraczaj. Ja decyduję, co jest dla mnie dobre.”

To nie są puste frazesy, ale konkretne wyznaczniki, które pomagają odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Kiedy przychodzi moment, a ktoś, kto przez lata ignorował nasze potrzeby, próbuje na nowo naruszyć tę przestrzeń, mamy prawo, a nawet obowiązek, wykrzyczeć najprościej:

„Wypiėrdalaj!”

Nie chodzi tu o bezmyślność, lecz o świadomy wybór – wybór obrony swojej intymności i integralności.

Być może niektórzy z Was zastanawiają się, czy taki język jest zbyt ostry, czy może przekracza granice dobrego smaku. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: jeśli ktoś nie potrafi uszanować Twojej intymności, nie zasługuje na towarzystwo, które ma budować, a nie niszczyć. To prosta logika – jeśli ignorujemy własne granice, dopuszczamy do ciągłego ich naruszania, a wtedy konsekwencje są nieuniknione.

W moim doświadczeniu, zarówno osobistym, jak i zawodowym, widziałem, jak brak konsekwencji w stawianiu granic prowadził do powtarzających się schematów destrukcyjnych relacji. Nie ma tu miejsca na kompromisy, gdy chodzi o integralność – trzeba jasno powiedzieć, co akceptujemy, a co nie. I choć czasem brzmi to surowo, w rzeczywistości jest to wyraz troski o siebie i innych.

Cytując O.S.T.R.-a:

„Jeśli gòwno z siebie dajesz, to do Ciebie wraca.”

Dla uspokojenia poruszonych serduszek – jesteśmy tylko ludźmi, może nawet aż zbyt ludźmi, jeśli chodzi o skomplikowane emocje i relacje. I pamiętajmy, że niekochane dziecko zazwyczaj nie przestaje kochać rodzica – tylko siebie. To bolesna, ale prawdziwa obserwacja ludzkiej natury.

Wychowawczo, mamy szansę by zaobserwować czy w oczach dziecka nie zachowujemy się jak kretyni albo barbarzyńcy, zapominając o podstawowych zasadach szacunku i empatii.

Bo kiedy zignorujemy te sygnały, konsekwencje są nieubłagane.

Podsumowując, jeśli ktoś nie potrafi uszanować Twojej intymności, jeśli ktoś próbuje zniszczyć to, co budowałeś latami, masz pełne prawo, a wręcz obowiązek, by stanowczo wyznaczyć granice. I choć słowa takie jak „wypi*rdalaj” brzmią brutalnie, są one czasem jedynym sposobem na przekazanie, że Twoje ciało, Twoje emocje i Twoja integralność są święte.

Karma nie zna łaski – a my, mając świadomość swoich praw, powinniśmy dbać o siebie, zanim świat zdoła nas zniszczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *